Strona głównaMyOfertaAktualnościButikBlogGaleriaKontaktpoczta
Blog
Daria


Dorota


Iza


Magda


Magda
2017 - 10 - 31
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie ?
Halloween , święto, które całkiem niedawno zawitało w Polsce, wzbudza obecnie wiele kontrowersji. Zarzuca mu się satanistyczne obrządki i przyjmowanie wszystkiego „amerykańskiego” z otwartymi ramionami. Ale czy rzeczywiście to święto pochodzi rodem z Ameryki? Czy aby na pewno amerykanie mieli swój udział w narodzinach tego obrzędu?

Bynajmniej! To, obecnie jedno z najbardziej komercyjnych świąt, ma swoje korzenie w celtyckim obrządku Samhain, z nocy na 31 października na 1 listopada, która to uważana była za rozpoczęcie nowego roku. Zatem zanim ten obrządek powędrował do sąsiadów zza oceanu został w pełni zapoczątkowany w Europie, a dokładniej na terenie teraźniejszej Irlandii, Zjednoczonego Królestwa i północnej Francji.
Celtowie wierzyli, że w wigilię obecnego Święta Wszystkich Świętych dusze zmarłych przychodziły na ziemię. Ludzie palili ogromne ogniska i przebierali się by odgonić te złe duchy, które chętnie szukały ciała, w które mogłyby wejść i dalej czynić zło.
W IX w. n.e. na ziemie celtyckie dotarło chrześcijaństwo, które zmieszało się z rytuałem obrządków 1 listopada. Święto wszystkich Świętych, tak samo jak Samhain, celebrowano ogniskami i paradami, na których przebierano się w świętych, aniołów i diabłów.


Małymi krokami zbliżamy się do Słowiańskiej Nocy Dziadów, jakże nam bliskiej choć większość z Was pewnie teraz robi oczy ze zdziwienia. Czy znacie Adama Mickiewicza? Tak, naszego polskiego, wybitnego wieszcza, którego dzieła niejeden z nas „męczył” w szkole? Przypominacie sobie „Dziady” część II? To właśnie tam, przywołana jest Noc Dziadów, podczas której dusze bliskich przybywały z zaświatów do świata żywych.



Według słowiańskich wierzeń, Nawie – dusze zmarłych, a także nazwa zaświatów, mogły na tę jedną noc w roku odwiedzić bliskich i zejść na ziemię. Na to wszystko przyzwalał Weles – pan podziemia, który przez jedne źródła określany jest jako srogi natomiast przez inne jako ani dobry, ani zły bóg.
W II połowie XIX wieku Amerykę zalała fala imigrantów z Irlandii, z której jak już wyżej nadmieniłam zrodziło się święto Samhain. Jako że każda nacja krzewiła swoją kulturę, Irlandczycy również nie pozostali bierni i spopularyzowali swoją. Widać bowiem podobieństwo w niektórych elementach obrzędu tego święta.
Cukierek albo psikus, wszystkim znany trick or treat, to prawdopodobnie celtycka tradycja, gdzie biedni mieszkańcy żebrali o jedzenie, a zamożniejsze rodziny dawały im „duchowe ciasta” za obietnicę modlitwy. Zostawiali również misy z jedzeniem za domem, aby odpędzić złe duchy, które z uporem maniaka starały się wedrzeć do ich domostw.
Tak na zakończenie, etymologia nie pozostawia złudzeń All-hallows – Wszystkich Świętych (1 listopada), a dzień wcześniej tradycyjnie noc Samhain lub noc Dziadów (31 października) to All-Hallows’ Eve czyli…Halloween, wigilia Wszystkich Świętych Zatem…


2017 - 07 - 26
Mάlaga – miasto Picassa i Antonio Banderasa


28 kwietnia, zimno, wietrznie, deszczowo, brrr… Lotnisko w Berlinie, tupanie nóżkami w oczekiwaniu na nieznane, przelot i w końcu jest! Jest upragniona Mάlaga. Spodziewając się promieni słonecznych muskających wyziębione ciało, stoję na hiszpańskiej ziemi skąpana deszczem. I pomimo tego, że szczęka mi opadła, nie poddaję się! Wierzę, że Mάlaga mnie jeszcze zaskoczy i z pewnością nie rozczaruje. I nie myliłam się, majowy hiszpański klimat przegonił deszczowe chmury pozostawiając nieskazitelny błękit, na tle którego zaświeciło cieplutkie słoneczko. Południe Hiszpanii, Andalucía, region, który kryje wiele tajemnic, to wymarzona destynacja zarówno dla wytrawnych podróżników jak i dla tych, którzy szukają ‘resetu’ i odpoczynku. Uważana za kolebkę flamenco Andalucía, to miejsce przepełnione bajkową architekturą, mauretańskimi budowlami i dekoracjami, egzotyczną roślinnością i hiszpańskim temperamentem.
Pomimo zmęczenia po podróży nogi ciągnęły mnie po urokliwych uliczkach prowadząc do miejsc, które są zdecydowanym must see w Máladze. I nawet jeśli zwiedzanie nie jest Twoją ulubioną czynnością, każdy znajdzie tu coś co będzie wspominał przez długie lata. Wirujący dookoła zapach kwiatów, mandarynek, pomarańczy i gdzieniegdzie kadzideł tworzy niepowtarzalny nastrój, który wprowadza nas w całkiem inny nieznany nam świat. Nie sposób nie zauważyć i nie poczuć klimatu, jaki pozostawili po sobie Maurowie po wieloletniej ekspansji półwyspu iberyjskiego. Przykładem może być Alcazaba - arabska twierdza obronna czy zamek Gibralfaro, który znajduje się na wierzchołku wzgórza. Co prawda wspinaczka pod górę wymagała dużo siły, jednak roślinność i przepięknie pachnące kwiaty, które zdobiły drogę pozwalały zapomnieć o wysiłku i bólu nóg. Ostatnie metry, ostatnie pokonywane stopnie i w końcu upragniony szczyt. Udało się choć nie ma to jak spóźnić się 15 minut i pocałować przysłowiową klamkę do zamku  Jednak widok na panoramę miasta z samiuteńkiej góry jest powalający, złość na zamknięte wrota zamku mija w jednej chwili. Dość blisko góry znajduje się arena walk byków – Plaza de Toros de la Malagueta, skąd możemy zrobić zdjęcie niemal z lotu ptaka, bez zwiedzania obiektu. Przy Alcazabie znajdują się ruiny Teatro Romano, a obok nich urokliwa knajpka Bodega Bar El Pimpi gdzie możemy podziwiać murale w stylu Picassa Nie możemy zapomnieć o kościołach, które są rozsiane po całej Hiszpanii niczym grzyby po deszczu. Mάlaga nie jest tu wyjątkiem, dlatego polecam zobaczyć renesansową katedrę – Santa Iglesia Catedral Basilíca de la Encarnación (Katedra Wcielenia), którą uważa się za majstersztyk kamieniarstwa. Rzeczywiście z zewnątrz wieczorem w blasku lamp i otoczeniu palm oraz drzew pomarańczowych wygląda bardzo okazale. Nic nie mogę wspomnieć o wnętrzu gdyż po prostu tam nie zajrzałam. Jako, że Mάlaga jest miastem, w którym urodził się Picasso można również wejść do jego muzeum, które znajduje się na największym placu Plaza de la Merced lub do Fundación Picasso, gdzie można zobaczyć przedmioty, które są związane z tym wielkim ojcem kubizmu. Oczywiście atrakcji turystycznych jest o wiele więcej, przekonacie się o tym przemierzając miasto w szerz i wzdłuż odkrywając jego ukryte zaułki i tajemnicze uliczki.




Po wyczerpującym ‘zdzieraniu zelówek’ czas na wymarzony wypoczynek. A jak wypoczynek to tylko nad morzem. Dla tych, którym nie straszne są kąpiele słoneczne, pękające naczynka czy oznaki starzejącej się skóry zapraszam na plażę Malagueta, gdzie spokojnie będą mogli oddać się swemu ulubionemu zajęciu. Ci, którzy chcą uniknąć intensywnego słońca - ja do tej grupy się zaliczam - mogą wykupić leżak i parasol (5 euro), pod którym można bezpiecznie się schronić przez cały dzień. O jedzonku jeszcze będę pisać, ale muszę tutaj wspomnieć o przepysznym plażowym barze, z kolejką niczym do najdroższej restauracji, którego ceny nie obciążają portfela, a pozostawiają niezapomniany smak w ustach.


Hiszpania to moja królowa smaków i pomimo, że odwiedziłam ją kilkakrotnie za każdym razem odkrywam nowe. Każdy region może pochwalić się swoimi popisowymi daniami i w Maladze takowych nie zabrakło. Jak na śródziemnomorski kraj przystało królują tu owoce morza, zatem grzechem byłoby nie spróbować dania Fritura Malagueňa – kalmary, ośmiorniczki, krewetki, płaszczki i inne żyjątka w delikatnej panierce. Gorąco polecam las croquetas - krokieciki z płynnym nadzieniem w najróżniejszych smakach: warzywnym, szpinakowym, z owoców morza, grzybowym, a nawet kaszankowym  Tortilla ziemniaczana to kolejny must try! Oprócz tradycyjnych można wypróbować bardziej egzotyczne z wyszukanymi składnikami. Ja zaryzykowałam, moja tortilla była czarna za sprawą atramentu z kałamarnicy z dodatkiem ośmiorniczek. Pycha!!! Palce lizać Dla tych, którzy preferują lżejsze dania proponuje grillowane szaszłyki z owoców morza z przepysznym sosem pietruszkowo-czosnkowym. Niedaleko naszego hotelu, który znajdował się w centrum miasta znajdował się spory budynek Mercado ( pol. rynek, targowisko) z niezliczoną ilością knajpek i straganów ze świeżymi owocami, warzywami, rybami itd. To właśnie tam jadłam najpyszniejszy rybny szaszłyk z grillowanymi warzywami.


Po tak obfitej obiadokolacji nie może zabraknąć‘napitka’ ;) Nie jestem koneserką wina lecz nie spróbować go w Maladze to duży błąd, gdyż uważane jest za jedno z najlepszych na świecie. Cóż więcej trzeba siedząc na tarasie klimatycznej knajpki na Calle Granada, słuchając hiszpańskiej muzyki i popijając sangríę?... Trochę się rozmarzyłam więc czas wracać na ziemię.
Jest jeszcze jedna rzecz, której nie sposób nie wspomnieć. Jeśli wasz wyjazd wypadnie w długi weekend to nie możecie przeoczyć dobrze znanego wam święta El Día del Trabajador ( el Día del Trabajo) czyli Narodowy Dzień Pracy. U nas pochody pierwszo majowe już dawno przeszły do lamusa, ale w Hiszpanii wciąż można zobaczyć kolorowy korowód ludzi dzierżących plakaty, transparenty i flagi wyrażające sprzeciw co do prowadzonej polityki lub żądań jakich domagają się w stosunku do pracowników. Hiszpański pochód bardziej przypomina polską manifestację lecz zobaczyć go na żywo z bliska to ciekawe przeżycie i miła przygoda.



Będąc w Maladze możemy pokusić się na wyjazd w kilka malowniczych miejsc. Warto dotrzeć do Granady lub Córdoby, mi udało się zobaczyć Sevillę, ale to już temat na kolejną relację  Hasta luego!


Strona główna | My | Polityka prywatności
SZYBKI KONTAKT:
Salon Piękności Isabell
91 577 81 81