Strona głównaMyOfertaAktualnościButikBlogGaleriaKontaktpoczta
Blog
Daria


Dorota


Iza


Magda


Magda
2018 - 05 - 31
Życie jak w Madrycie.
Czując ciepłe promienie słońca na swojej twarzy, przedzierające się przez okno bladym świtem, łatwiej nam przenieść się myślami w egzotyczne zaułki świata niż budzić się do szarej rzeczywistości. Zmęczeni zimą, wyczerpani obowiązkami, pragniemy chwili odpoczynku, odrobiny wymarzonego ‘resetu’. Pytanie gdzie i jak? Aktywnie czy wylegując się na gorącym piasku słuchając szumu fal?

A co powiecie na Madryt? Tajemnicze i urokliwe hiszpańskie miasto, które oferuje niezliczone atrakcje, zapierające dech w piersiach miejsca, malownicze uliczki, klimatyczne knajpki, dodając do tego gościnność madrileños spowoduje, że takie wakacje mocno zapadną w naszej pamięci. Madryt to nie miejscowość nadmorska, ale zdecydowanie zrekompensuje ten fakt każdemu, kto nie wyobraża sobie wypoczynku bez ‘plażingu’, bo ‘smażing’ w zasadzie jest wliczony w cenę.
Jak nigdy nie mam wątpliwości co do transportu i wiem, że samolotem dotrę do celu najszybciej i najbezpieczniej, tak z zakwaterowaniem jestem powściągliwa i poświęcam nieco więcej czasu na analizę topograficzną mojej destynacji. Rzecz jasna ma być tanio, schludnie i w dobrym punkcie. W Madrycie…? Bingo! Gran Vía – główna ulica, gdzie tętni serce tego pięknego miasta. Ulica, z której spacerkiem dojdziemy do wielu ciekawych miejsc, których zdecydowanie nie wolno przegapić. To właśnie tam mieści się wizytówka stolicy – biurowiec Metrópolis z figurką Wiktorii na szczycie.


Po zakwaterowaniu się w hostelu byłyśmy gotowe i podekscytowane na pierwszą wyprawę po mieście. Po podróży, no cóż… burczało nam w brzuchach więc naszym pierwszym przystankiem był Don Jamón Bar de Tapas, gdzie uraczyli nas aromatycznymi ośmiorniczkami z przepyszną gorącą bagietką maczaną w oliwie z przyprawami. Po tym jakże miłym doświadczeniu podążyłyśmy w dalszą drogę.


Naszym oczom po paru krokach ukazał się duży plac Plaza de la Puerta del Sol. Jeden z największych w mieście, gdzie odbywają się różne imprezy, manifestacje, demonstracje, hiszpański sylwester czy parada Trzech Króli tak zwana Cabalgata de los Reyes Magos. To właśnie tutaj jest wmurowany kamień wyznaczający kilometr zerowy, ale co najważniejsze to tutaj mieści się figura niedźwiadka wspinającego się na drzewo poziomkowe (El Oso y el Madroño), która stała się symbolem Madrytu.


Kolejnym placem, jaki wywarł na mnie wrażenie to Plaza Mayor. Otaczają go piękne, odrestaurowane kamienice, przy których wyróżniają się restauracje, bary i knajpki, które zaspokoją najbardziej wybredne podniebienia. Ja polecam paella mixta negra z owocami morza, mięsem, warzywami na czarnym ryżu. Mniam, palce lizać!
Madryt, podobnie jak i inne hiszpańskie miasta charakteryzuje się niezliczoną liczbą placów. Kolejnym, i już ostatnim co by Was nie zanudzić, na liście jest Plaza de España. Któż z nas mógłby zapomnieć słynnego Don Kichote z La Manchy i jego walkę z wiatrakami? To właśnie tam możemy podziwiać jego pomnik w towarzystwie wiernego giermka Sancho Pansy na tle wyłaniającej się postury samego autora powieści Miguela de Cervantesa.


Hiszpania to zielony kraj, której roślinność czaruje i zniewala. Madryt nie jest tutaj wyjątkiem i może poszczycić się Królewskim Ogrodem Botanicznym czy ogrodami pałacowymi przy Pałacu Królewskim.


El Parque Retiro – to kolejna zielona must see, której nie można ominąć. Ten ogromny park (120 hektarów), pełen bajkowej roślinności to wymarzony teren do spacerów, wypoczynku i randek ;) Wśród niezliczonych atrakcji na terenie parku warto zobaczyć przeuroczy Pałac Kryształowy choć na mnie jednak większe wrażenie wywarł pomnik samego Lucyfera, którego autor Ricardo Bellvera uchwycił w momencie wyrzucenia z raju. Ängel caído – Upadły Anioł to nie tylko pomnik, ale także fontanna, gdzie woda leje się ze smoczych pysków.


Koneserzy sztuki mogą za jednym zamachem zaliczyć słynne, jedne z największych na świecie muzeów, el PRADO, które znajduje się rzut beretem od malowniczego Retiro. Miłośnicy El Greco, Rubensa czy Diego Velázqueza będą w siódmym niebie. Niemal parę kroków od muzeum dzieli nas od największego dworca w Madrycie, ATOCHA. Nie wielkość przykuła nasze zainteresowanie tym budynkiem, ale jego nietuzinkowość. Budowla sama w sobie zachwyca, ale wnętrze powala! Palmy, żółwie, papugi… cudna oranżeria, która sprawia, że każde opóźnienie pociągu czy metra jest traktowane z uśmiechem na twarzy.


Po intensywnym zwiedzaniu czas wrzucić coś na ruszt! Mercado de San Miguel, niedaleko Plaza Mayor, to tam zjecie jak nigdzie indziej. Typowa hiszpańska kuchnia, hiszpańskie artykuły spożywcze, wszystko zgarnięte do jednego miejsca. Aromaty potraw, niebiańskie smaki, hiszpańska muzyka, gwar i tłok tworzą niebywałą atmosferę, jedyną w swoim rodzaju. Łasuchom polecam także czekoladziarnię Chocolatería de San Ginés, jedną z najstarszych i najpopularniejszych w mieście, w której zjemy hiszpańskie churros, popijając czekoladę.


Jak spędzić hiszpański wieczór? Sposobów jest wiele. Ja postanowiłam przed wyjazdem przewertować strony internetowe z dobrą knajpą, która oferuje pyszną kolację, przy której można obejrzeć flamenco show, które czasem bawi, czasem wzrusza do łez. Znalazłam klimatyczne miejsce na calle Cañizares o nazwie CASA PATAS, po przeczytaniu recenzji zarezerwowałam stolik i co najważniejsze nie zawiodłam się! To był strzał w dziesiątkę!


Zacznijmy od kolacji, którą rozpoczęły przystawki: embutidos Ibéricos (typowe wędliny), kiełbasa chorizo, szynka Ibérico, kozi ser. W zasadzie już byłyśmy najedzone, gdy na stół przywędrował soczysty kawał jagnięciny.


Nieprzyzwoicie wielka porcja, stanowczo za duża, ale nie ma co narzekać w końcu jak szaleć to szaleć. Po obfitej kolacji niemal przetoczyliśmy się wszyscy do sali obok gdzie już niebawem miał odbyć się taniec flamenco. Całe show było nie do opisania! Dźwięk gitar i kastanietów, którym towarzyszyli tancerze wprowadził nas do całkiem innego świata, gdzie emocje i uczucia to muzyka i ruchy… i to hiszpańskie wino! Każdy odwiedzający Hiszpanię nie tylko powinien, ale musi obejrzeć taniec flamenco, bo to między innymi tutaj tkwi hiszpański duch, z którym koniecznie należy się spotkać.

O wielu miejscach nie napisałam, głównie dlatego, że mój wpis nie miałby końca. Nie wspomniałam o Muzeum Szynki czy o niedzielnym targu Feria, nie dlatego, że nie jest wart zobaczenia, wręcz przeciwnie. Być może zachęcę Was do odkrycia innych miejsc w Madrycie na własną rękę? Myślę, że to miasto pomimo, że jest trochę niedocenioną destynacją wakacyjną, oferuje świetną zabawę, unikalne doznania i niezapomniane wrażenia. Zresztą, pamiętacie nasze polskie powiedzenie: Życie jak w Madrycie? (¿Será que como en Madrid no se vive en ningún sitio?). Jeśli tak, to koniecznie musicie doświadczyć tego na własnej skórze.

¡Hasta luego!

Daria
2018 - 04 - 05
Cele
Ile ludzi, tyle spojrzeń na daną kwestię. Całkiem niedawno uczestniczyłam w wykładzie, podczas którego wywiązała się interesująca dyskusja na temat celów. Z zaskoczeniem przyjęłam informację od jednego z uczestników, że dla niego cele to coś złego ponieważ go stresują, wywierają swego rodzaju presję. Mocne - pomyślałam. Większość głosów była pozytywna, np. że popychają do rozwoju, pomagają w planowaniu oraz osiąganiu mniejszych i większych sukcesów. Prowadzący nie podjął się rozstrzygania tej kwestii ale w mojej głowie dyskusja trwała dalej. Dlaczego cele mogą jawić się jako coś negatywnego, stresować ludzi?



Cele stawiamy sobie wtedy, gdy do czegoś dążymy, chcemy coś osiągnąć i planujemy co jest nam do tego potrzebne, co należy przygotować, a następnie krok po kroku wykonać. Cele mogą być różne, krótko i długoterminowe, wymagające większego lub mniejszego nakładu pracy,zaangażowania i wysiłku. Kiedy to może być stresujące? Myślę, że wtedy, gdy cel do którego dążymy nie jest NASZ. Jeśli cele są nam narzucone przez kogoś, wówczas rzeczywiście mogą stresować, a nawet powodować niechęć na samą myśl o wykonywaniu jakiejkolwiek czynności w tym kierunku. Na dłuższą metę budzi to frustrację i zniechęcenie. Odwrotnie sytuacji będzie wyglądała, gdy cele będą odzwierciedleniem naszych marzeń i pragnień. Będą wówczas wywoływać pozytywne emocje i będziemy do nich dążyć z wielkim zapałem a nawet entuzjazmem.
W życiu jednak jest tak, że stawiane są przed nami różne wyzwania, choćby
w pracy dostajemy zadania do wykonania. Można by się pokusić o stwierdzenie, że dostajemy narzucone cele, że one są nie nasze. Zgoda, ale skoro jednak wykonujemy jakąś pracę, oznacza to, że powinniśmy dane cele zrealizować. Najlepiej więc przyjąć je jako nasze. Dlatego, jeśli frustruje
lub stresuje kogoś cel pod tytułem "muszę zrobić obrót X", może lepiej gdy przełoży to sobie na swój cel, np. "chcę uzyskać premię bo marzą mi się egzotyczne wakacje w tym roku". Prawda, że tak można zmienić nastawienie?
Innym przykładem realizowania nie swoich celów i stres z tym związany może dotyczyć sytuacji, gdy staramy się wciąż spełniać czyjeś oczekiwania względem naszej osoby. Staramy się wtedy
na siłę robić coś by przypodobać się innej osobie, przestajemy być sobą co w efekcie prowadzi do tego, że czujemy się źle. Podobnie jest w sytuacjach, gdy porównujemy się do innych osób
i robimy to zwykle wybiórczo. Np. ktoś jako cel stawia sobie regularne bieganie dla poprawy kondycji i zrzucenia zbędnych kilogramów. Szczerze nienawidzi biegać, ale stara się to robić bo inni w jego otoczeniu tak robią i uważają za jedyną słuszną rację bo im to służy. Nasz bohater ma problemy z kolanami i bieganie zaczyna go boleć, nie mówiąc o tym jak codziennie musi się zmuszać do tej aktywności. Nie bierze pod uwagę, że dla poprawy kondycji i zrzucenia kilogramów może robić inne rzeczy niż jego znajomi, którzy prawdopodobnie mają inne predyspozycje.
Można też odwrócić tę sytuację i zastanowić się dlaczego oni biegają? Najprawdopodobniej okaże się, że każdy robi to z innego powodu i ma swój własny cel. Dla kogoś będzie to przebiegnięcie maratonu lub półmaratonu, dla innej osoby poprawa kondycji, jeszcze dla innej nawiązanie znajomości i przynależność do grupy, a jeszcze dla kogoś innego chęć bycia modnym. Jeśli dążymy do określonego celu i towarzyszy nam przy tym niewygodne poczucie braku komfortu, warto zastanowić się dlaczego to robimy, czy realizujemy własne wyzwanie?
Kiedy jeszcze cele mogą stresować? Gdy staramy się zrealizować coś działając poza zasięgiem naszego wpływu. Na każdym szkoleniu sprzedażowym na jakim byłam, wszyscy powtarzali,
że cel musi być realny. I faktycznie, gdy na dzień dobry cel wydaje się być przytłaczający, wręcz niemożliwy do osiągnięcia, już na starcie myślimy o nim negatywnie. Odkładamy go
w czasie lub podchodzimy do jego realizacji bez entuzjazmu i bez wiary w to, że uda się go osiągnąć. Dlatego tak bardzo ważne jest by cel był w naszych oczach realny do osiągnięcia,
bo wtedy chcemy go zrealizować, chcemy wykonać zadania, które do niego prowadzą. Jednym ze sposobów poradzenia sobie z ogromnym wyzwaniem ( czyli dużym i trudnym celem) będzie dobre planowanie co oznacza podzielenie go na mniejsze cele i rozłożenie w czasie w taki sposób, by mniejszymi krokami sięgnąć po to, na czym nam zależy.
Na zakończenie, wracając do dyskusji czy cele są pozytywne czy negatywne, moja odpowiedź brzmi następująco - wszystko zależy od nastawienia. Na szczęście nastawienie można zmienić.

Daria Drozd - Life Coach, Trener rozwoju

Daria
2018 - 01 - 09
Co nam przyniesie nowy rok...?

Pamiętam jak podczas jednych warsztatów na temat zarządzania sobą w czasie, zapytałam uczestniczki czy robią sobie postanowienia noworoczne. Spora grupa odpowiedziała przecząco. Powód jest oczywisty. Gdy kiedyś je robiły, nie były w stanie ich dotrzymać, to z kolei budziło frustrację i niewygodne poczucie, że nie dały rady. Osobiście jestem zwolennikiem planowania. Planowania w ogóle ale i takiego okolicznościowego, jak przy okazji zmiany roku i wymiany kalendarza. Bo uwielbiam planować analogowo, w kalendarzu papierowym, nie tak po nowemu w aplikacji. Rok to długo i krótko zarazem. Gdy nasze plany mają odległy, kilkuletni horyzont czasowy, dobrze jest co jakiś czas weryfikować postępy w ich realizacji. Na przykład raz do roku. Co innego gdy to, na czym nam zależy możemy uzyskać w krótszym czasie, np. możemy zaplanować zrobienie jakiegoś kursu czy ciekawy urlop, wtedy planujemy i realizujemy założenia na bieżąco w ciągu roku. Tak czy inaczej, żeby nasze życie miało określony kierunek powinniśmy planować. Chociażby po to, by codziennie rano wstając z łóżka nie wykonywać jedynie rutynowych zadań, zgodnie z nabytymi i utrwalonymi nawykami, niekoniecznie najlepszymi z możliwych.

Co zatem zrobić, by te plany nasze, zwłaszcza noworoczne, nie spełzły na niczym, utwierdzając nas do głębi w ich bezsensowności? Otóż warto dobrze się przygotować do planowania. Na początek zadać sobie kilka pytań: co jest dla mnie ważne a co najważniejsze? Z czego nigdy nie zrezygnuję a co mogę porzucić? I wreszcie zastanowić się przez chwilę i odpowiedzieć sobie szczerze na jedno z ulubionych pytań rekruterów: co chcę robić za pięć lat? Jak chcę by wtedy wyglądało moje życie? Niby proste, choć dla wielu osób dość niewygodne jest to wyobrażanie siebie. Ale o to właśnie chodzi! Jeśli chcemy sami świadomie kierować swoim życiem, musimy je planować, bo w przeciwnym razie będziemy biernie brać tyle ile dostaniemy, ile się przytrafi. Więcej nic.

Wracając więc do pytania o tę przyszłość za lat kilka... Gdy już znamy odpowiedź, wtedy możemy ułożyć sobie plan działania: co należy zmienić lub czego robić więcej w najbliższym czasie, by za rok planując kolejny, być bliżej spełnienia tego, na czym nam zależy. Bierzmy życie w swoje ręce, bo tylko my sami wiemy, jakie jest dla nas najlepsze ;-)

Daria Drozd - Life Coach, Trener rozwoju

Magda
2017 - 12 - 24
¡Feliz Navidad y Próspero Año Nuevo!
Wszyscy z niecierpliwością oczekujemy pierwszej gwiazdki na niebie, błyszczącej choinki, prezentów, przepysznych bożonarodzeniowych dań, magicznej atmosfery i… Kevina na Polsacie ;) Ten okres zbliża się do nas wielkimi krokami, a ja postaram się wprowadzić w ten nastrój w przedednie Wigilii oraz cudownego radowania się przy jednym stole i zabiorę Was do Hiszpanii.
W Hiszpanii okres Bożego Narodzenia rozpoczyna krajowa loteria pieniężna zwana El Gordo, której losowanie śledzi większość Hiszpanów w telewizji 22 grudnia. Warto wspomnieć, że losowania podejmują się sieroty z madryckiego domu dziecka, które wyśpiewują numery wygranych kuponów. Szczęściarze mogą wygrać naprawdę spore sumy pieniężne!


Hiszpanie podobnie jak Polacy dekorują swoje domy świątecznymi ozdobami, ubierają choinkę (Ӑrbol de Navidad) i ustawiają tradycyjną szopkę (Belén). Nietypową postacią w szopce obok Dzięciątka Jezus i Maryi jest Caganer, która ponoć jest symbolem szczęścia i dobrobytu. Caganer to oryginalnie postać katalońskiego chłopa z czerwoną czapą na głowie, choć obecne Caganery idą o krok dalej i przedstawiają postaci znanych polityków, aktorów, piosenkarzy, sportowców czy celebrytów.
Hiszpańską wigilię (Nochebuena) rozpoczynają kolorowe parady ulicami miast, podczas których można usłyszeć dźwięk bębenków, piszczałek i trąbek, a mieszkańcy, przebrani w ludowe stroje kierują się w stronę miejscowej stajenki. Tuż po paradzie wszyscy ruszają na wigilijną kolację do najstarszego członka rodziny. Hiszpanie uwielbiają jeść, dlatego stoły tego wieczora uginają się pod ilością potraw i bynajmniej nie są to potrawy postne! Królują pieczone mięsa, suszona szynka - jamón, różnorodne ryby, owoce morza, hiszpański rosół – consome, pieczone jagnię lub prosię. Na deser łasuchy mogą zjeść drożdżowca z dużą ilością migdałów, chałwę turrón i owoce.
Po pysznej kolacji, wyśpiewanych kolędach (villancicos) czas na pasterkę, la misa del gallo – co w języku polskim oznacza mszę koguta, który jako pierwszy obwieścił wszem i wobec narodziny Jezusa. Czy tak kończy się tradycyjna hiszpańska wigilia? Otóż z całą pewnością nie! Zwieńczeniem wieczoru jest huczna zabawa na ulicach miast, której ważnym elementem jest szybki taniec Joty przy akompaniamencie gitar i kastanietów. Po intensywnej nocy znów przychodzi czas na świętowanie. Pierwszy dzień świąt także jest obfity w rozmaite dobroci, na stole znajdziemy zupę warzywną z mięsem czy kaszanką lub pulpetami, kurczak ze śliwkami i koniakiem, indyk pieczony, wszystko to popija się delikatnym winem lub hiszpańskim szampanem – cava.
Tuż po sytych biesiadach 28 grudnia czujność Hiszpanów zostaje poddana próbie, gdyż właśnie tego dnia odbywa się ichni Pryma Aprilis zwany „El Día de los Santos Inocentes”, co na polski język tłumaczymy jako dzień Świętych Niewiniątek (niemowląt skazanych na śmierć przez Heroda). Tego dnia media podają tak zwane ‘fake newsy’ starając się wkręcić rodaków w niebywałe historie, a przyjaciele i członkowie rodziny także nie pozostają dłużni czyniąc wszem i wobec przeróżne psikusy.
Małymi krokami zbliżamy się do nocy sylwestrowej (Nochevieja), podczas której oprócz dobrej zabawy do rana nie możemy zapomnieć o wielu zwyczajach, które mają gwarantować nam pomyślność, dobrobyt i miłość. Wśród nich pojawiła się także tradycja zjedzenia 12 winogron podczas 12 wybić zegara o północy, która obwieszcza nadejście nowego roku. Dlaczego przed nocą sylwestrową w witrynach sklepowych czerwieni się w oczach? To od nadmiaru czerwonej bielizny, którą obowiązkowo każdy poszukujący miłości ma przywdziać tej nocy, w przeciwnym razie cały rok pozostanie singlem. Aby zagwarantować sobie szczęście w miłości dodatkowo do lamki sylwestrowego szampana można dodać czerwone owoce takie jak maliny, truskawki czy pestki granatu. Ci, którzy mają już ukochaną osobę przy boku i chcieliby zapewnić sobie pomyślność w finansach do kieliszka wrzucają złoty pierścionek lub kolczyk. By nigdy nie zabrakło nam pożywienia wrzucimy do szampana ziarnko soczewicy. Hiszpanie, którym wybitnie brakuje pieniędzy mogą wznieść toast trzymając w drugiej dłoni zielony banknot np. 1 dolarówkę czy 100 euro, który zaszywają zieloną nicią w zielonym woreczku i wkładają do szuflady, którą rzadko otwierają. Zaraz po tym wkładają ząbek czosnku do portfela i czekają na efekty wykonanych zwyczajów.
Sylwester w Hiszpanii jest niebywale kolorowy i huczny. Kończą go uliczne zabawy Cotillones de Nochevieja, gdzie możemy spotkać przebierańców i potańczyć do białego rana, zwykle trwają do 6 lub 7 rano.


Okres bożonarodzeniowy kończy Cabalgata de los Reyes Magos, kolorowa parada Trzech króli w wigilię święta Trzech Króli, które obchodzimy 6 stycznia. Parady mają miejsce w różnych miastach w Hiszpanii i charakteryzuje je duży przepych, kolorowe postaci, egzotyczne zwierzęta, tysiące światełek i bajkowy klimat. To święto według tradycji jest świętem o ogromnym znaczeniu dla Hiszpanów. To nie św. Mikołaj, tylko oni przynoszą prezenty grzecznym dzieciom, wkładając je do butów 6 stycznia; te niegrzeczne dostają węgiel (Carbón de Reyes), a tak naprawdę cukierki imitujące węgiel, który jest odpowiednikiem naszej rózgi ;) Tego dnia tradycyjnie piecze się Rascón de Reyes, ciasto drożdżowe w kształcie pierścienia, które dekoruje się kandyzowanymi owocami, które imitują błyszczące klejnoty na płaszczach Kacpra, Melchiora i Baltazara. Przy jedzeniu ciastka należy uważać by nie natrafić na fasolę, wtedy będziemy musieli zapłacić za ciastko. Jednak może nam także dopisać szczęście kiedy w trakcie jedzenia natrafimy na figurkę króla, który zapewni nam królowanie w domu z papierów koron na głowie.
Hiszpanie uwielbiają zabawę i nocne życie, dlatego wszystkim zwyczajom towarzyszy muzyka, śpiew, gwar, tańce, pyszne jedzenie i dobry napitek. Jak widać okres bożonarodzeniowy nie jest tu wyjątkiem. Życzę wszystkim, aby ten nowy rok 2018 przywitali hiszpańskim optymizmem, pozytywnym myśleniem i beztroską, życzę samych szczęśliwości i sukcesów. Niechaj moc będzie z Wami! ¡Feliz Navidad y Próspero Año nuevo! Hasta luego 

Magdalena Blumowska

Daria
2017 - 11 - 28
Tu i teraz – czy warto?

Dla niektórych jest to kolejne hasło, wydaje się być chwilową modą, wyświechtanym frazesem, który nic nie wnosi i za jakiś czas odejdzie do lamusa. Czy aby na pewno? Co kryje się
w tej krótkiej myśli? Mamy żyć tu i teraz, czyli chwilą obecną? Od razu przypomina mi się Carpe diem z poezji Horacego: „Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie”. W czasach liceum wielu moich rówieśników zachwyconych tą filozofią myślało sobie: żyjmy chwilą, bierzmy z życia co nam daje i nie martwmy się tym co będzie. Hura! Takie myśli potrafią popychać do różnych szaleństw i zaniechań. Dla przykładu, nie każdy należycie przygotował się do matury. Wracając do tematu, nie można zapomnieć o tym co było, skąd pochodzimy, jakie są nasze korzenie. Minione lata i chwile ukształtowały nas i sprawiły,
że jesteśmy takimi ludźmi, jakimi jesteśmy. To nasza tożsamość. Podobnie nie można przestać myśleć o przyszłości. Zgadzam się z Horacym, nie wiemy co będzie, ale przyszłość to nasze oczekiwania, marzenia. Przyszłość to jutro, to nawet dzisiejszy wieczór, wszystko to, co za chwilę. Każdy coś planuje i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.
Dla mnie tu i teraz jest pewnym skrótem myślowym, który nie rozdziela przeszłości
i przyszłości z tym co teraz, lecz nakłania do życia w harmonii. Zachęca do tego, byśmy żyli
i działali z pełną świadomością otaczającej nas chwili. Chodzi o to, by nauczyć się dostrzegać głębiej, nie tylko to, co da się zobaczyć, ale również to, co odczuwamy w związku z daną chwilą, wydarzeniem, sytuacją, abyśmy potrafili odnotować co się z nami dzieje i dlaczego,
i co najważniejsze, czy nam to służy.
Gdy się nad tym zastanowić, życie w zgodzie z dewizą tu i teraz daje wiele korzyści:

tu i teraz – jesteśmy uważni na co dzień, w zwykłych czynnościach. Nie robimy wielu rzeczy naraz. Dzięki temu dostrzegamy więcej szczegółów życia a koncentracja na konkretnej kwestii znacznie się zwiększa;

tu i teraz – cieszymy się chwilą, którą aktualnie przeżywamy np. kubkiem gorącej herbaty przy kominku lub w miłym towarzystwie;

tu i teraz – doświadczamy też trudnych chwil, które nie należą do przyjemnych i łatwych,
za to możemy przeżywać je głębiej, świadomi z lepszym zrozumieniem tego co nas spotkało i co to dla nas znaczy. Dzięki temu szybciej możemy wyciągnąć wnioski a także szybciej podnieść się jeśli doświadczenia były bardzo trudne;

tu i teraz – świadomie wybieramy reakcje na to z czym się spotykamy. Pomiędzy bodźcem
a naszą reakcją zostawiamy sobie czas do namysłu. Nie działamy wtedy schematycznie ani pochopnie, nie podążamy za tłumem lecz świadomie wybieramy;

tu i teraz – mamy określony czas. Doba ma 24 godziny, świadomie decydujemy jak ten czas chcemy wykorzystać. Jeśli pozwalamy sobie na tzw. nicnierobienie, to znaczy, że świadomie wybraliśmy aby część swojego czasu przeznaczyć na taki odpoczynek i nie mamy z tego powodu wyrzutów sumienia;

tu i teraz – pamiętamy o swoich wartościach i żyjemy w zgodzie z nimi. Dzięki temu czujemy się bardziej szczęśliwi. Dla przykładu, jeśli jedną z najważniejszych wartości
w życiu jest dla kogoś rodzina, oznacza to przeznaczanie części czasu dla tej rodziny, dbanie o relację i bliskość;

tu i teraz – nie odkładamy ważnych dla siebie spraw na później. Życie dzieje się teraz,
w każdej bieżącej chwili, dlatego nie czekamy z prawdziwym życiem na jakiś czas
w nieznanej przyszłości, która być może nie nadejdzie nigdy.

Pamiętając o tym, by żyć tu i teraz, zwiększamy szansę na to, by u schyłku życia nie żałować,
że przez cały swój czas pędziliśmy za czymś ( kariera, pieniądze, uznanie, itd.) nie dostrzegając tego co mijaliśmy po drodze. Warto zatrzymać się po to, by przeżywać drobne przyjemności
i chwile szczęścia po to, by czuć się spełnionym każdego dnia. Tu i teraz.



Daria Drozd - Life Coach, Trener rozwoju

Magda
2017 - 10 - 31
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie ?
Halloween , święto, które całkiem niedawno zawitało w Polsce, wzbudza obecnie wiele kontrowersji. Zarzuca mu się satanistyczne obrządki i przyjmowanie wszystkiego „amerykańskiego” z otwartymi ramionami. Ale czy rzeczywiście to święto pochodzi rodem z Ameryki? Czy aby na pewno amerykanie mieli swój udział w narodzinach tego obrzędu?

Bynajmniej! To, obecnie jedno z najbardziej komercyjnych świąt, ma swoje korzenie w celtyckim obrządku Samhain, z nocy na 31 października na 1 listopada, która to uważana była za rozpoczęcie nowego roku. Zatem zanim ten obrządek powędrował do sąsiadów zza oceanu został w pełni zapoczątkowany w Europie, a dokładniej na terenie teraźniejszej Irlandii, Zjednoczonego Królestwa i północnej Francji.
Celtowie wierzyli, że w wigilię obecnego Święta Wszystkich Świętych dusze zmarłych przychodziły na ziemię. Ludzie palili ogromne ogniska i przebierali się by odgonić te złe duchy, które chętnie szukały ciała, w które mogłyby wejść i dalej czynić zło.
W IX w. n.e. na ziemie celtyckie dotarło chrześcijaństwo, które zmieszało się z rytuałem obrządków 1 listopada. Święto wszystkich Świętych, tak samo jak Samhain, celebrowano ogniskami i paradami, na których przebierano się w świętych, aniołów i diabłów.


Małymi krokami zbliżamy się do Słowiańskiej Nocy Dziadów, jakże nam bliskiej choć większość z Was pewnie teraz robi oczy ze zdziwienia. Czy znacie Adama Mickiewicza? Tak, naszego polskiego, wybitnego wieszcza, którego dzieła niejeden z nas „męczył” w szkole? Przypominacie sobie „Dziady” część II? To właśnie tam, przywołana jest Noc Dziadów, podczas której dusze bliskich przybywały z zaświatów do świata żywych.



Według słowiańskich wierzeń, Nawie – dusze zmarłych, a także nazwa zaświatów, mogły na tę jedną noc w roku odwiedzić bliskich i zejść na ziemię. Na to wszystko przyzwalał Weles – pan podziemia, który przez jedne źródła określany jest jako srogi natomiast przez inne jako ani dobry, ani zły bóg.
W II połowie XIX wieku Amerykę zalała fala imigrantów z Irlandii, z której jak już wyżej nadmieniłam zrodziło się święto Samhain. Jako że każda nacja krzewiła swoją kulturę, Irlandczycy również nie pozostali bierni i spopularyzowali swoją. Widać bowiem podobieństwo w niektórych elementach obrzędu tego święta.
Cukierek albo psikus, wszystkim znany trick or treat, to prawdopodobnie celtycka tradycja, gdzie biedni mieszkańcy żebrali o jedzenie, a zamożniejsze rodziny dawały im „duchowe ciasta” za obietnicę modlitwy. Zostawiali również misy z jedzeniem za domem, aby odpędzić złe duchy, które z uporem maniaka starały się wedrzeć do ich domostw.
Tak na zakończenie, etymologia nie pozostawia złudzeń All-hallows – Wszystkich Świętych (1 listopada), a dzień wcześniej tradycyjnie noc Samhain lub noc Dziadów (31 października) to All-Hallows’ Eve czyli…Halloween, wigilia Wszystkich Świętych Zatem…


Dorota
2017 - 10 - 15
O wielkiej mądrości starego Indianina z plemienia Cherokee.
Każda z nas przychodząc do Salonu Isabell, ma z pewnością jakieś (może nawet wygórowane) oczekiwania. Jego wspaniała ekipa dokłada wszelkich starań, by tak się stało. Myślę jednak, że do tego, by satysfakcja była pełna, duża część działań wspierających leży po …naszej stronie. Jak wiadomo, żeby działać, trzeba wiedzieć. Żeby wiedzieć, warto się uczyć. Żeby się uczyć, trzeba chcieć. Tym chcącym, w wielu kwestiach chętnie podpowiem. Jeśli i Ty chcesz, zaczynamy.
Na początek, dość nietypowo.  O wielkiej mądrości starego Indianina


Pewien Indianin z plemienia Cherokee, nauczając swoje wnuki, powiedział:
- Wewnątrz mnie odbywa się straszliwa walka dwóch wilków. Pierwszy reprezentuje: strach, złość, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, użalanie się nad sobą, poczucie winy, niższości, urazę, kłamstwo, fałszywą dumę, poczucie wyższości oraz ego. Drugi to: radość, pokój, nadzieja, chęć dzielenia się, pokora, uprzejmość, szczodrość, przyjaźń, zrozumienie, hojność, prawda, współczucie i wiara. Taka sama walka odbywa się wewnątrz was i każdej innej osoby.
Dzieci myślały o tym przez chwilę, po czym jedno z nich zapytało:
- Dziadku, a który wilk wygra?
- Ten, którego nakarmisz – odpowiedział stary Indianin.

Myślę, że indiańska mądrość dotyczy każdej (bez wyjątku) sfery życia. Jeśli chcesz, by rozkwitał Twój związek, musisz go pielęgnować i dbać o niego jak o najdelikatniejszą, bardzo wymagającą roślinę. Jeżeli zależy Ci na dobrym zdrowiu (a dzięki temu długim i satysfakcjonującym życiu), nie możesz zostawić go na łaskę i niełaskę losu. Warto zgłębiać tajniki własnego organizmu, słuchać jego sygnałów, aby w odpowiednim momencie reagować na jego szczególne potrzeby właściwym działaniem. Jakim? O tym, krok po kroku, niebawem. 

Dorota Augustyniak – Madejska, autorka książek: „Zdrowie masz we krwi”, „Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi”, „Jedz i bądź piękna”, założycielka i szefowa  Gabinetu Naturoterapii i Edukacji Zdrowotnej „Natural Medica” w Kobylance

Daria
2017 - 09 - 24
Gdzie ucieka nasza energia życiowa?
Witam serdecznie czytelników bloga. Zgodnie z zapowiedzią w mojej części będzie rozwojowo, dlatego zapraszam wszystkich, którzy zainteresowani są braniem z życia pełnymi garściami, chcą dostrzegać powody do radości każdego dnia oraz brać sprawy we własne ręce.



Dzisiaj zaczynam od tego, bo temat na czasie. Zaobserwowałam, że jego aktualność można odnotować przez okrągły rok. Ludzie skarżą się na brak chęci, siły czy motywacji do robienia czegoś poza tym, co zrobić muszą bezwzględnie, jak jeść, pić, spać i pracować zawodowo.
Jeśli jednak sprawa dotyczy pozostałych aktywności, bardzo często brak nam zwyczajnie energii.

Jeszcze niedawno winą można było obarczyć przesilenie wiosenne i zmianę czasu, niedługo zacznie się przesilenie jesienne uwieńczone również tą mniej lubianą zmianą czasu na zimowy. Aktualnie kończy się lato, które tego roku nie rozpieszczało. Dookoła ludzie narzekali na niska temperaturę, opady i brak słońca. Za chwilę powodem do niezadowolenia będzie coraz krótszy dzień i jeszcze mniej chęci na cokolwiek. Ile razy zdarzało się nam myśleć „żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce”? Albo uzależniać swoje samopoczucie od pogody właśnie? Bo jeśli rzeczywiście tylko gdy słońce świeci to chce nam się żyć i robić różne rzeczy, to biorąc pod uwagę nasłonecznienie
w naszym kraju, należałoby się wyprowadzić lub spróbować funkcjonować jak niedźwiedź
i wyłączać się na czas zimowej pluchy.
Taki sposób myślenia nie sprzyja nam, a wręcz odbiera energię. Myślimy o tym jak jest nieciekawie za oknem, udzielamy się w rozmowie, w której tematem przewodnim jest narzekanie i licytowanie się kto ma gorzej lub komu jest trudniej. I nic dziwnego, że po czymś takim nie czujemy się najlepiej i nie mamy chęci lub siły choćby na spacer czy rower z dzieckiem.

Jak więc uwolnić się od takich zgubnych przekonań?
Na początek powinniśmy sobie uświadomić, że to o czym myślimy, wpływa na to, jak się czujemy. Jeżeli zatem, złapiemy się na tym, że na głos lub w myślach narzekamy na cokolwiek lub myślimy o czymś negatywnie, zastanówmy się czy mamy na to jakiś wpływ. Jeżeli możemy coś zmienić, zróbmy to. Jeżeli sytuacji nie możemy zmienić, zadecydujmy świadomie jak zareagować. Pogoda jest od nas niezależna, ale od nas zależy, czy pogoda będzie wpływać na nasze samopoczucie. Miejmy swoją własną pogodę. To co nas osłabia i odbiera energię, to nasza reakcja na okoliczności, których doświadczamy, w tym reakcja na pogodę. Nie na wszystko co nam się przydarza możemy wpłynąć. Za to od nas zależy, jak zareagujemy i jakie w konsekwencji będziemy mieli samopoczucie.
Nie jest łatwo działać w ten sposób bo wymaga to, by pomiędzy bodźcem, a naszą reakcją nastąpił wybór w jaki sposób chcemy zareagować. Ale zapewniam, że można to wyćwiczyć. I warto.

Zainteresowanych tematem lub chęcią przetrenowania zapraszam do kontaktu wizytówka.
W związku ze zbliżającą się wielkimi krokami jesienią, życzę wszystkim czytelnikom pogody ducha!


Daria Drozd - Life Coach, Trener rozwoju

Iza
2017 - 09 - 04
Plazma, czyli czwarty stan skupienia.
Dziś na blogu będzie naukowo, a to za sprawą nowego zabiegu, który będzie dostępny już od września w salonie. Mowa tu o zabiegu przy użyciu plazmy. Ale po kolei . Zacznę od definicji, która wyjaśni Ci trudne słowo sublimacja ( pojawi się ono w tekście, więc uważam za stosowne wyjaśnić to) w tym pomogła mi Wikipedia : „ Sublimacja – przemiana fazowa bezpośredniego przejścia ze stanu stałego w stan gazowy z pominięciem stanu ciekłego. Zjawisko odwrotne do sublimacji to resublimacja."
Napisałam na początku , że będzie naukowo!!!
Przejdźmy dalej:
Z podręczników do fizyki i chemii wiemy, że w naturze istnieją trzy stany skupienia: ciecz, gaz, materia stała. Plazma jest czwartym takim stanem. Choć formą najbardziej przypomina gaz, jest zjonizowaną materią, w której, w efekcie wyładowań elektrycznych, wzbudzone zostały cząsteczki naładowane ujemnie i dodatnio, a także cząsteczki neutralne. Plazma istnieje w naturze, choć w bardzo różnych formach. Ponad 99 proc. materii Wszechświata to właśnie plazma – gwiazdy są przykładem plazmy gorącej, a przestrzeń między nimi to plazma zimna.




( Jolu dziękuję za piękne zdjęcie, prawda, że ładne ?? )

Na Ziemi w naturalnej postaci można ją zaobserwować w trakcie burzy z piorunami. Podczas uderzenia piorun wyzwala olbrzymią energię, która wytwarza kanał plazmowy – materię mającą temperaturę nawet 30 tysięcy stopni Celsjusza. W czasie takiego burzowego wyładowania powstaje zjawisko zwane łukiem elektrycznym, które tworzy się między punktem wyładowania, a powierzchnią Ziemi. Niewielka część energii, jaka wówczas powstaje, składa się na grzmoty i błyskawice – reszta to gorąca plazma, zazwyczaj niewidoczna gołym okiem, ale możliwa do zaobserwowania dzięki specjalistycznym urządzeniom.


Te wszystkie mądrości przedstawiłam, aby Ci wyjaśnić co to jest plazma i gdzie jej szukać.

A teraz przejdę do wykorzystania plazmy w zabiegach z kosmetologii estetycznej.
Na co pomaga plazma?
W kosmetologii estetycznej plazma ma kilka cennych zastosowań. Zabiegiem, który daje najlepsze rezultaty, jest blefaroplastyka, czyli korekcja powiek (górnych i dolnych). Nadmiar skóry w tej okolicy to jeden z największych urodowych problemów wieku dojrzałego. Gdy jest jej za dużo, i na skutek grawitacji czy utraty elastyczności opada, tworzy nieestetyczne „mopsiki”. Można je wyciąć, albo skorygować z pomocą zabiegów plazmowych.
Ta metoda pozwala także skorygować nadmiar skóry wokół uszu, zmarszczki palacza czy zmarszczki na szyi, ale zabieg wskazany jest również w innych przypadkach: usuwaniu włókniaków, znamion, brodawek, plam soczewicowych, teleangiektazji, leczeniu trądziku. Jednym ze wskazań są także rozstępy po ciąży.


Jak wygląda zabieg z użyciem Plazmy ?
Pomiędzy końcówką urządzenia i skórą pacjenta, dzięki niewielkiemu łukowi oraz jonizacji gazów zawartych w powietrzu, tworzy się mikrowiązka plazmy, która w kontrolowany sposób pozwala na sublimację ( przydała się definicja, no nie ?! Już wiesz co oznacza to trudne słowo) naskórka przy jednoczesnym obkurczaniu skóry w miejscu jej działania.

Przeciwwskazania do zabiegów plazmowych
Istnieje kilka przypadków, kiedy takie zabiegi są niedozwolone. To przede wszystkim okres ciąży i karmienia piersią, a także choroby autoimmunologiczne. Zabieg trzeba odłożyć, jeśli w miejscu, jakie ma być mu poddane, toczy się jakiś stan zapalny, a także w przypadku schorzeń skóry (np. opryszczki czy grzybicy).

Na koniec kilka pytań i odpowiedzi, które mogą paść przed wykonaniem zabiegu, oto one:

Jak długo utrzymuje się efekt ?
Minimum 2 lata, ale jest to bardzo indywidualne również zależne od kliku czynników czyli od tego jaki styl życia prowadzimy (sen,odżywianie,picie wody), jak pielęgnujemy skórę.

Jak długo regeneruje się skóra ?
Skóra po zabiegu jest pielęgnowana specjalnym kremem do regeneracji, który przyspiesza proces gojenia, który trwa ok 7 dni .

Czy po zabiegu jest obrzęk?
Obrzęk występuje bezpośrednio po zabiegu , może utrzymywać się maksymalnie do 2-3 dni , ale zazwyczaj to jest doba.

Ile należy wykonać zabiegów?
Standardowo zaleca się 3 zabiegi w odstępie 1-1,5 miesiąca , jest to bardzo indywidualne .

I najważniejsze pytanie :
Cena zabiegu? To kwota: 550 zł

Zapraszam na zabiegi -:)

A na koniec ciekawostki dla Ciebie , poczytaj jeśli chcesz .

Obecna chirurgia plastyczna oferuje wiele metod korekcji opadających powiek. Choć są one skuteczne, to często wiążą się decyzją o zabiegu inwazyjnym charakteryzującym się dłuższym okresem wyłączenia pacjenta z codziennych aktywności. Z tego powodu plazmowa korekcja opadających powiek cieszy się dużym zainteresowaniem.
Badania kliniczne przeprowadzone z udziałem tysiąca pacjentów, u których przeprowadzono plazmową korekcję blefaroptozy- u badanych pacjentów zabieg zastosowano w obrębie nadmiaru skóry w okolicach powiek. Procedura wymagała jedynie znieczulenia miejscowego. Każdy z pacjentów przeszedł trzy sesje zabiegowe, co pozwoliło na całkowite pozbycie się defektu. Ogromną zaletą zabiegu plazmowego jest fakt, że u żadnego z pacjentów nie wystąpiły żadne komplikacje. Bezpośrednio po nim pacjenci zgłaszali jedynie opuchnięcie i zaczerwienienie skóry ustępujące całkowicie po 7-15 dniach, a już na drugi dzień po zabiegu mogli powrócić do swoich codziennych aktywności. Zabieg plazmowy nie pozostawia blizn, ani innych śladów na skórze.

w poście umieściłam informację z Wikipedii, oraz korzystałam : (źródło:http://www.poradnikzdrowie.pl/uroda/zabiegi-profesjonalne/plazma-zabieg-ktory-odmladza-technologia-plazmowa-w-medycynie-estetycz_44879.html)

Magda
2017 - 07 - 26
Mάlaga – miasto Picassa i Antonio Banderasa


28 kwietnia, zimno, wietrznie, deszczowo, brrr… Lotnisko w Berlinie, tupanie nóżkami w oczekiwaniu na nieznane, przelot i w końcu jest! Jest upragniona Mάlaga. Spodziewając się promieni słonecznych muskających wyziębione ciało, stoję na hiszpańskiej ziemi skąpana deszczem. I pomimo tego, że szczęka mi opadła, nie poddaję się! Wierzę, że Mάlaga mnie jeszcze zaskoczy i z pewnością nie rozczaruje. I nie myliłam się, majowy hiszpański klimat przegonił deszczowe chmury pozostawiając nieskazitelny błękit, na tle którego zaświeciło cieplutkie słoneczko. Południe Hiszpanii, Andalucía, region, który kryje wiele tajemnic, to wymarzona destynacja zarówno dla wytrawnych podróżników jak i dla tych, którzy szukają ‘resetu’ i odpoczynku. Uważana za kolebkę flamenco Andalucía, to miejsce przepełnione bajkową architekturą, mauretańskimi budowlami i dekoracjami, egzotyczną roślinnością i hiszpańskim temperamentem.
Pomimo zmęczenia po podróży nogi ciągnęły mnie po urokliwych uliczkach prowadząc do miejsc, które są zdecydowanym must see w Máladze. I nawet jeśli zwiedzanie nie jest Twoją ulubioną czynnością, każdy znajdzie tu coś co będzie wspominał przez długie lata. Wirujący dookoła zapach kwiatów, mandarynek, pomarańczy i gdzieniegdzie kadzideł tworzy niepowtarzalny nastrój, który wprowadza nas w całkiem inny nieznany nam świat. Nie sposób nie zauważyć i nie poczuć klimatu, jaki pozostawili po sobie Maurowie po wieloletniej ekspansji półwyspu iberyjskiego. Przykładem może być Alcazaba - arabska twierdza obronna czy zamek Gibralfaro, który znajduje się na wierzchołku wzgórza. Co prawda wspinaczka pod górę wymagała dużo siły, jednak roślinność i przepięknie pachnące kwiaty, które zdobiły drogę pozwalały zapomnieć o wysiłku i bólu nóg. Ostatnie metry, ostatnie pokonywane stopnie i w końcu upragniony szczyt. Udało się choć nie ma to jak spóźnić się 15 minut i pocałować przysłowiową klamkę do zamku  Jednak widok na panoramę miasta z samiuteńkiej góry jest powalający, złość na zamknięte wrota zamku mija w jednej chwili. Dość blisko góry znajduje się arena walk byków – Plaza de Toros de la Malagueta, skąd możemy zrobić zdjęcie niemal z lotu ptaka, bez zwiedzania obiektu. Przy Alcazabie znajdują się ruiny Teatro Romano, a obok nich urokliwa knajpka Bodega Bar El Pimpi gdzie możemy podziwiać murale w stylu Picassa Nie możemy zapomnieć o kościołach, które są rozsiane po całej Hiszpanii niczym grzyby po deszczu. Mάlaga nie jest tu wyjątkiem, dlatego polecam zobaczyć renesansową katedrę – Santa Iglesia Catedral Basilíca de la Encarnación (Katedra Wcielenia), którą uważa się za majstersztyk kamieniarstwa. Rzeczywiście z zewnątrz wieczorem w blasku lamp i otoczeniu palm oraz drzew pomarańczowych wygląda bardzo okazale. Nic nie mogę wspomnieć o wnętrzu gdyż po prostu tam nie zajrzałam. Jako, że Mάlaga jest miastem, w którym urodził się Picasso można również wejść do jego muzeum, które znajduje się na największym placu Plaza de la Merced lub do Fundación Picasso, gdzie można zobaczyć przedmioty, które są związane z tym wielkim ojcem kubizmu. Oczywiście atrakcji turystycznych jest o wiele więcej, przekonacie się o tym przemierzając miasto w szerz i wzdłuż odkrywając jego ukryte zaułki i tajemnicze uliczki.




Po wyczerpującym ‘zdzieraniu zelówek’ czas na wymarzony wypoczynek. A jak wypoczynek to tylko nad morzem. Dla tych, którym nie straszne są kąpiele słoneczne, pękające naczynka czy oznaki starzejącej się skóry zapraszam na plażę Malagueta, gdzie spokojnie będą mogli oddać się swemu ulubionemu zajęciu. Ci, którzy chcą uniknąć intensywnego słońca - ja do tej grupy się zaliczam - mogą wykupić leżak i parasol (5 euro), pod którym można bezpiecznie się schronić przez cały dzień. O jedzonku jeszcze będę pisać, ale muszę tutaj wspomnieć o przepysznym plażowym barze, z kolejką niczym do najdroższej restauracji, którego ceny nie obciążają portfela, a pozostawiają niezapomniany smak w ustach.


Hiszpania to moja królowa smaków i pomimo, że odwiedziłam ją kilkakrotnie za każdym razem odkrywam nowe. Każdy region może pochwalić się swoimi popisowymi daniami i w Maladze takowych nie zabrakło. Jak na śródziemnomorski kraj przystało królują tu owoce morza, zatem grzechem byłoby nie spróbować dania Fritura Malagueňa – kalmary, ośmiorniczki, krewetki, płaszczki i inne żyjątka w delikatnej panierce. Gorąco polecam las croquetas - krokieciki z płynnym nadzieniem w najróżniejszych smakach: warzywnym, szpinakowym, z owoców morza, grzybowym, a nawet kaszankowym  Tortilla ziemniaczana to kolejny must try! Oprócz tradycyjnych można wypróbować bardziej egzotyczne z wyszukanymi składnikami. Ja zaryzykowałam, moja tortilla była czarna za sprawą atramentu z kałamarnicy z dodatkiem ośmiorniczek. Pycha!!! Palce lizać Dla tych, którzy preferują lżejsze dania proponuje grillowane szaszłyki z owoców morza z przepysznym sosem pietruszkowo-czosnkowym. Niedaleko naszego hotelu, który znajdował się w centrum miasta znajdował się spory budynek Mercado ( pol. rynek, targowisko) z niezliczoną ilością knajpek i straganów ze świeżymi owocami, warzywami, rybami itd. To właśnie tam jadłam najpyszniejszy rybny szaszłyk z grillowanymi warzywami.


Po tak obfitej obiadokolacji nie może zabraknąć‘napitka’ ;) Nie jestem koneserką wina lecz nie spróbować go w Maladze to duży błąd, gdyż uważane jest za jedno z najlepszych na świecie. Cóż więcej trzeba siedząc na tarasie klimatycznej knajpki na Calle Granada, słuchając hiszpańskiej muzyki i popijając sangríę?... Trochę się rozmarzyłam więc czas wracać na ziemię.
Jest jeszcze jedna rzecz, której nie sposób nie wspomnieć. Jeśli wasz wyjazd wypadnie w długi weekend to nie możecie przeoczyć dobrze znanego wam święta El Día del Trabajador ( el Día del Trabajo) czyli Narodowy Dzień Pracy. U nas pochody pierwszo majowe już dawno przeszły do lamusa, ale w Hiszpanii wciąż można zobaczyć kolorowy korowód ludzi dzierżących plakaty, transparenty i flagi wyrażające sprzeciw co do prowadzonej polityki lub żądań jakich domagają się w stosunku do pracowników. Hiszpański pochód bardziej przypomina polską manifestację lecz zobaczyć go na żywo z bliska to ciekawe przeżycie i miła przygoda.



Będąc w Maladze możemy pokusić się na wyjazd w kilka malowniczych miejsc. Warto dotrzeć do Granady lub Córdoby, mi udało się zobaczyć Sevillę, ale to już temat na kolejną relację  Hasta luego!

Iza
2017 - 07 - 07
Tym razem uda się ?! Tak, uda się !!!

Już kilka razy zbierałam się do napisania tego posta, najczęściej „pisałam” go w myślach, choć raz nawet napisałam kilka zdań i miałam dopisać kolejne zdania … i co ??? skasowałam niechcący …
a może tak miało być, bo może tamten tekst był słaby, i los chciał abym raz jeszcze przemyślała co chcę napisać!!!

Bo pierwszy post, który ma otwierać nasz blog salonowy, powinien być … no właśnie jaki: ma być poważny, zabawny, czy też bardziej informacyjny, kosmetyczny (bo to blog na stronie salonu).

Jaki w końcu będzie ….. to się jeszcze okaże.

Zaczynam. Chęć na bloga na stronie www miałam już dawno, ale trudnością było systematyczne pisanie postów i tu w padłam na pomysł, aby pisać bloga wspólnie z klientkami salonu.
Tak, klientki będą razem ze mną pisać posty na salonowego bloga.
Magda uwielbia Hiszpanię i w jej postach będzie dużo, dużo hiszpańskich klimatów.
Dorota jak nikt inny zna się na zdrowiu i to właśnie ona będzie nas oświecać jak dbać o siebie i swoich bliskich.
Daria będzie pisać o między innymi jak planować sobie czas, jak ma się go mało i przy tym nie zwariować, jak zmotywować się do nowych pomysłów...
Ja – Iza zajmę się na bolgu kosmetyką, bo to moja wielka pasja, ale również postaram się pokazać Ci moje hobby – DOM ( więcej w kolejnych postach).
Każda z nas będzie pisać na tematy, które nas inspirują, ciekawią, wzruszają, pasjonują.
Ciekawe czy Ci się spodoba nasz wspólny blog salonowy ??!!

P.S wyszedł mi post informacyjny. I niech tak zostanie. KROPKA


Strona główna | My | Polityka prywatności
SZYBKI KONTAKT:
Salon Piękności Isabell
91 577 81 81